sobota, 27 kwietnia 2013

Richie Sambora - Stranger in This Town


Rzadko się zdarza, by gitarzysta popularnego zespołu rockowego nagrał album, który będzie w stanie przyćmić lwią część dyskografii macierzystej grupy. Album, na którym dodatkowo śpiewa i robi to tak, że zapominamy o tym, że przede wszystkim gra na gitarze. O kim mowa? Richie Sambora. Gitarzysta Bon Jovi i do pewnego czasu prawa ręka Jona Bon Jovi. Postać dla mnie bardzo niedoceniona, być może przez to, że Bon Jovi nigdy nie było uważane przez krytyków za super ambitną grupę. Zostawmy jednak zespół i skupmy się na osobie gitarzysty. Wiadomo nie od dziś, że Richie posiada mocny głos, co udowadniał w grupie robiąc za chórki, czasami za drugi wokal. To, że jest świetnym gitarzystą również pokazał nie raz, dlatego wiadomość o nagraniu przez niego pierwszego solowego albumu wywołała ogólny entuzjazm. Informacja, że głównym zespołem towarzyszącym będą jego koledzy z Bon Jovi (David Bryan i Tico Torres) plus genialny Tony Levin (muszę pisać gdzie grał?) tylko podsyciła apetyt. Sam tytuł "Stranger in This Town" mówi, że to nie będzie zwykły album. Zatem, przejdźmy do omawiania zawartości...

Zgaś światło,
zapal świecę...
Witaj...

Richie już na pierwszej stronie książeczki mówi nam, że nie jest to jednorazowy pop. Więcej, to nie jest zwykły krążek do słuchania ot tak. To coś więcej... Zatem zgaśmy światło, zapalmy świecę, zamknijmy oczy i dajmy się porwać muzyce...

Kobieto voodoo
Będę widział Cię w moich snach

Zaczynamy bardzo nastrojowo, rzekłbym intymnie. Richie wprowadza nas spokojnie do swojego świata. Świata wiary, miłości, bluesa... "Rest in Peace" naturalnie przechodzi do "Church of Desire", pierwszego pełnoprawnego utworu na płycie. Miłość to często grzech, zagubienie, popadanie w niełaskę - stara się nam powiedzieć Richie. Jednakże bez miłości nie byłoby niczego.

Wydaje się, że całe życie to za mało,
by odróżnić dobro od zła
Jedno wyznanie mogłoby wskrzesić prawdę
Zemsta czy przebaczenie za nasze grzechy

Muzyka stoi na najwyższym poziomie. Nie ma ani jednego zbędnego dźwięku, a Sambora nie stara się nas zamęczyć zbyt dużą ilością solówek. Wszystko jest na swoim miejscu, ze smakiem. Przejdźmy do (moim skromnym zdaniem) najważniejszego i być może najlepszego punktu tego dzieła. "Stranger in This Town" jest dziś hymnem ludzi samotnych. Nie sensu stricte, a ludzi zwyczajnie zagubionych w tym pogmatwanym świecie. Dla mnie, utwór życia. W śpiewie Richiego nie ma ani grama sztuczności, czuć, że to on pisał i że śpiewa to szczerze.

Czasami jest trudno znaleźć przyjazną twarz
Czuję się obco wśród innych ludzi
To takie samotne miejsce

I dalej...

Chodzę samotnie w ciemności miasta
Nie mając miejsca, które mógłbym nazwać domem

Kto tak nigdy nie myślał, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Pozostajemy nadal w temacie przemyśleń nad sensem istnienia. "Ballad of Youth", to jakby rozwinięcie tematu z poprzedniego utworu, tyle że autor podchodzi do niego z innej strony. Znalezienie swego miejsca, siebie samego... Wszystko pod deszczem błędów jakie popełniamy. Walczymy ze sobą, z przeciwnościami losu.

Dorastasz dzisiaj,
jest tyle gór które musisz zdobyć
Nie jesteś jedyny,
wszyscy stoimy na jednej linii

i refren:

Młode serca lepiej trzymać
W pozie niewinności,
twoja młodość odeszła
Spójrz więc w lustro,
nie masz nic do stracenia
Nie marnuj swego czasu,
pomyśl o wczorajszym bluesie

Mimo wszystko całość jest optymistyczna. Co z tego, że popełniamy błędy, grzeszymy? Każdy to robi. Sztuką jest sobie przebaczać i iść dalej, ponieważ życie jest na tyle okrutne, że czasu się nie cofa i to co przegapimy, przegapimy na zawsze.

"One Light Burning" to typowa ballada o nadziei. Wpadamy w dołek z którego ciężko nam wyjśc, jednak przyjdzie dzień w którym zaświeci dla nas słońce i poczujemy się szczęśliwi.

Macie już dość głębokich rozmyślań o życiu? Proszę bardzo. Rychu potrafi również wysmażyć prostego bluesa, a z pomocą Erika Claptona (któremu dedykowany jest ten kawałek) wznosi się na wyżyny grania prosto z serca. Gdy słucham "Mr. Bluesman", to widzę Samborę z zamkniętymi oczami, który słucha się swojego Fendera... "Graj kochana, ja będę podążać za Tobą" - zdaje się mówić do instrumentu. Claptonowi możemy podziękować za wspaniałe solówki, wręcz dialog nawiązany ze śpiewem Richiego. Fantastyczny kawałek, gdzie tekst nie musi być czymś wybitnym. To zwykła historia bluesmana, taka... prosta, jednakże fascynująca na swój sposób. Tego trzeba posłuchać.

Dochodzimy teraz do małego zgrzytu płyty, który z jednej strony daje wytchnienie, po mistycznej jeździe, ale z drugiej trochę burzy klimat całości. Z pomocą Jona Bon Jovi, Desmonda Childa (współtwórcy największych przebojów Bon Jovi) i Diane Warren, powstał kawałek "Rosie". Użyję teraz słowa 'piosenka', bo tak należy ją traktować. Myślę, że "Stranger..." nie straciłby dużo, gdyby "Rosie" znalazła się na "New Jersey" (album Bon Jovi z 1988 roku), gdzie pierwotnie miała się znaleźć. Jednak, gdy przymkniemy na to oko, to ukazuje się nam zgrabny materiał na hit.

"River of Love" muzycznie nie powala, ale wracamy już do głównego tematu albumu. Miłość, pożądanie, a to wszystko przykryte mistyczną aurą.

Pozwól, że opowiem ci historię
o ciele i krwi
Tam w dole płonie ogień
Głęboko w rzece miłości

Z czasem przybiera to kształt erotyka, ale z klasą. Richie ma talent do pisania prostych tekstów, które nie są jednocześnie banalne.

Przyszedł czas na (dla mnie) najważnieszy po "Stranger in This Town" utwór. Uważacie, że Richie za mało się przed Wami otworzył? Gdy słucham "Father Time", to aż mi głupio, jak Sambora otwiera przede mną swoją duszę i wylewa cały swój żal na utraconą miłość. Jest to rodzaj modlitwy, dialogu z siłą wyższą.

Ojcze czasu
Nie mogłem sprawić by została
Nie mogłem znaleźć słów by to powiedzieć
Teraz musze żyć dniem wczorajszym
Ojcze czasu
Myślałem, że byłeś po mojej stronie
Myślałem, że utrzymasz naszą miłość przy życiu
Myślałem, że mogę ją zadowolić

Pojawiają się też słowa skierowane do Niej:

Zegar wciąż tyka, a ja nie przestaję myśleć o Tobie
Pukam do drzwi Twojego serca,
ale nie mogę się tam dostać

oraz...

Moje serce wciąż złamane,
moje ciało wciąż boli dla Ciebie
Nadszedł czas by zaczekać,
ale nie ma na co czekać

Na koniec słyszymy błaganie:

Ojcze czasu,
ona jest Twoim dzieckiem
Spraw by była moja
Ojcze czasu

Złość i żal słychać również w muzyce. Pięknej muzyce, pięknych solówkach.

Na koniec dostajemy "The Answer". Akustyczny utwór z klawiszami w tle, w którym Richie godzi się z całym światem. Zaczyna rozumieć, że życie musi przynosić czasami ogromny ból, który nas hartuje. Oddajmy jeszcze raz głos Samborze:

Teraz wiem, że odpowiedź nie ma dla mnie żadnego znaczenia
Będę żył chwilą
Cieszył się z tego co przyniesie mi życie
Chodź ze mną
Szukaj prawdy
tutaj na pewno nie znajdziesz kolejnego kłamstwa

I taka jest dla mnie ta płyta. Nie odpowiada na żadne pytanie, ale zmusza do refleksji nad własnym życiem. Aż dziw bierze, że nagrał ją gitarzysta Bon Jovi... Album w tym roku kończy 22 lata, a nic się nie zestarzał. Brawo Richie.

Pozdrawiam!

Koniec laby, czas się wziąć do roboty! - deja vu?

Myśl pierwsza: Czas na serio wrócić do pisania, przecież to lubię i nawet, gdy nie jestem w tym dobry, to mam wielką satysfakcję, gdy przeleję myśli na "papier". Muszę założyć nowego bloga!

Myśl druga: Zaraz... A może wskrzeszę coś, czemu poświęciłem trochę czasu, a szkoda by było z tego raz na zawsze rezygnować?

Zwyciężyła druga opcja. Dlaczego przerwałem pisanie na blogu, skoro tak się zarzekałem, że tym razem zepnę tyłek i w miarę regularnie będę umieszczał moje wypociny? Mógłbym zwalić winę na pracę, potem na szukanie pracy, potem znowu na pracę, na szkołę, itd.... Nawet nie skończyłem celebrować ćwierćwiecza Iry i tak po prostu się zmyłem. Wracam już po raz n-ty i serio postaram się, by był to powrót na dobre. Czy skończę Irę? W tej chwili nie, ale jak się tylko osłucham z najnowszym wydawnictwem, to kto wie? Za kilka tygodni może pojawi się część czwarta? Formuła się nie zmienia. Recenzje, przemyślenia, nowości, wydarzenia... Wszystko, co przykuje moją uwagę i będzie warte opisania, opiszę. Po to ten blog został kiedyś założony. Czy mam świadomość, że znowu będę pisał tylko dla siebie? Szczerze? W tym momencie mam to gdzieś. Artyści nagrywają płyty tylko dla siebie, to dlaczego ja mam rezygnować z pisania głupot? Jak dobrze pójdzie, to jeszcze dzisiaj opublikuję recenzję jednej z najważniejszych płyt mojego życia.

Pozdrawiam!

poniedziałek, 14 maja 2012

IRA - 25 lat. Cz. 3


Irę dzielę na dwie ery: erę przed rozpadem i erę po powrocie. Oryginalne, wiem... Nie ukrywam, że kamień spadł mi z serca, gdy kończyłem pisać ostatnią część. Tak jak grupie potrzebna była przerwa, powiew świeżości, jakiś pierwiastek, który tchnie w nich nowe życie, tak i ja potrzebowałem przejścia do nowej ery zespołu. Lata 1997-2001 to solowy sukces Artura Gadowskiego, który za namową Marka Kościkiewicza rozpoczął samodzielny bieg po laury. Na dzień dobry, zaśpiewał w piosence "Szczęśliwego Nowego Yorku" do filmu o tym samym tytule, a rok później wydał pierwszy solowy album ("Artur Gadowski"). Czy zapomniał i swojej macierzystej kapeli? Sądząc po obecności Łukaszewskiego na albumie, oraz Owczarka i Sujki w składzie koncertowym, chyba nie. Hity? Poza kompozycją Kościkiewicza, sztandarowym przebojem Gadzia jest na pewno "Ona jest ze snu". Oba, do dzisiaj są grane ku uciesze publiczności na koncertach Iry. Druga płyta Artura już nie powala, ba, wzbudza mnóstwo kontrowersji. Wokalista trochę "upopowił" brzmienie, chociaż nadal mówimy o muzyce rockowej. Z ręką na sercu, gdybym nie musiał jej teraz przesłuchiwać, to nie dałbym rady wymienić nawet jednego kawałka z "G.A.D.a". Nie jest to jednak wpis o Gadowskim, a o Irze, dlatego przejdę zgrabnie do 2002 roku i pierwszej płyty po powrocie.


"Tu i teraz". Tytuł z jednej strony mówiący "oto jesteśmy", z drugiej zamykający usta malkontentom i ortodoksyjnym (jak się później okaże) fanom. Ira jest w takim miejscu, po różnych (m.in. odejście Płucisza i Łukaszewskiego) przejściach, doroślejsza, dojrzalsza, nie mająca potrzeby grania piosenek w stylu "Mój dom", czy "Znamię". To jaka jest ta płyta? Ładna. Cholernie popowa (być może miała na to wpływ obecność Zbyszka Suski z Carpe Diem), ale ja taki pop lubię. Nie ukrywam, że kiedyś nie dałem rady przejść przez pierwszy kawałek, ale i ja dojrzałem do akceptacji tego materiału i co więcej, bardzo go polubiłem. Faktycznie, zespół postanowił odświeżyć swoje brzmienie (wygląd tez, ale nie odbiegajmy od muzyki), ale to nadal brzmi jak Ira. Jest więcej ballad (w tym jedna perła, ale o niej później), jest trochę elektroniki (ok, to jedyna rzecz, która do dzisiaj mnie wkurza), ale są też rockowe, energiczne numery, tyle, że nie czerpiące z dziedzictwa Iry, a ustanawiające nową jakość. Teksty również są dojrzalsze, lepsze, w niektórych przypadkach broniące się bardziej od samej muzyki. Jak prezentuje się sama zawartość "Tu i teraz"? Album rozpoczyna introdukcja złożona ze zmontowanych odgłosów ulicy, słyszymy wiadomości, a po tym krótkim wstępie, rozpoczynamy jazdę. Ok, może "Mój kraj" nie jest bliźniakiem "Mojego domu", ale do gorzkiego tekstu opisującego Polskę AD 2002, muzyka pasuje idealnie. Co więcej, albo inaczej... Smuci fakt, że tekst jest nadal aktualny. "Mocny", jak sam tytuł wskazuje, jest... mocny. Rażą trochę te syntezatory, ale nie jest najgorzej. Tekst mówiący o uzależnieniu od... a to już zespół pozostawił słuchaczom, jak to sobie zinterpretują. Generalnie początek płyty nastawia pozytywnie do reszty piosenek. I tutaj pojawia się pierwszy klops. "Nie szukam jej" to czysty pop. Mnóstwo elektroniki, pojawiają się kobiece chórki. Gdyby nie głos Gadowskiego, pomyślałbym, że ktoś robi sobie jaja. Ok, widać w tym kierunku podąża zespół. "Supertajna lista pytań" mimo już bardziej rockowego charakteru (jednak cały czas siedzimy w granicy popu), sytuacji nie poprawia. Ładne to, nadaje się do radia i w ogóle, ale może razić. Lepiej się zaczyna robić przy "Cały ja" i jeśli mówimy o dobrym pop-rocku, to tutaj nie mam żadnych zastrzeżeń. "Skończone" i "Niewinny" (ballada i rocker) przemykają niezauważone i rozpoczyna się piosenka, która podzieliła na tamte czasy fanów Iry. "Bez Ciebie znikam" jest spokojną balladą z mocniejszym refrenem, świetnym (jak na tę stylistykę) tekstem, zapadającą w pamięć melodią (czy to refren, czy zwrotka), ale... Jest jedno "ale. Przeraża trochę takie odejście od czystego rocka. Osobiście wolę ten kawałek w wersji koncertowej, gdy możemy już na serio mówić o klasyku, a nie radiowej popłuczynie. "Wszystko co utraciłem" jest kolejną piosenką z cyklu "było, minęło". "Reality", kolejny kawałek z nadal aktualnym tekstem. Do dzisiaj pamiętamy wielki boom na programy typu "Big Brother", czy "Bar", prawda? Kto by pomyślał, że teraz wszystko musi mieć charakter reality show? "Gdyby mnie lubił" oraz "Bez zmian" pominę. Nie przeszkadzają mi na "Tu i teraz", ale też nie wzbudzają żadnych emocji. Są, bo są. Za to ostatni na płycie strzelił mnie z prędkością błyskawicy. Rocker? Metal? Nie, nie, nie... Spokojna, delikatna ballada. Gadowski i klawisze. Co mnie urzekło w "Bezsennych"? Oszczędność, która dodała charakteru kompozycji oraz przepiękny tekst, którego intepretację pozostawiam Wam. Ciekawostką jest to, że "Bezsenni" nie jest piosenką Iry, tylko ich producenta, Mariusza Musialskiego, którego to ballada została wygrzebana przez zespół z jego szuflady z demami i tak spodobała się chłopakom, że postanowili go włączyć do repertuaru. Dobra robota panowie. Jak oceniam płytę? Niewątpliwie, największym osiągnięciem Iry nie jest. Nie mniej, swoje plusy ma i parę perełek można na niej znaleźć. Przy pierwszym przesłuchaniu można złapać się za głowę i klnąć na lewo i prawo, jak to zespół się sprzedał itd., ale takie albumy są potrzebne. Tylko AC/DC ma monopol na granie jednego riffu w każdym swoim kawałku. Reszta musi coś czasami zmieniać, by nie skończyć na ulicy i nie stracić szacunku do samych siebie. Ira tak zrobiła i wcale najgorzej na tym nie wyszła. A co na to starzy (ortodoksyjni) fani Iry? A czy to kogoś dzisiaj obchodzi, skoro od 2002 roku grupa zyskała całe rzesze nowych wielbicieli, którzy tak samo kochają "nową, jak i "starą" Irę?


Chcąc zachować układ chronologiczny, musiałem naruszyć chronologię fonograficzną grupy i przesunąć "Live 15-lecie" przed "Ogień". Do rzeczy! 25 września 2003 roku, na deskach radomskiego amfiteatru (czyli tam, gdzie wszystko się zaczęło), Ira postanowiła świętować piętnastolecie istnienia. 8 tysięcy ludzi przyszło zobaczyć jeden z najlepszych koncertów w historii polskiego rocka. Skład koncertowy również imponujący. Miejsce Suski zajęło aż trzech gitarzystów: Sebastian Piekarek, Maciej Gładysz oraz Marcin Bracichowicz. Jak to na tego typu okazjach, lista zaproszonych gości była równie imponująca: Krzysztof Skiba (który w swoim stylu poprowadził koncert), kwartet smyczkowy Strings, Piotr Lato (zaśpiewał z Gadowskim "Nadzieję"), "Zbyszek Hołdys (zagrał w utworach "Nadzieja", "Twój cały świat" oraz "Wiara"), Tomasz Bracichowski, Paweł Kukiz (zaśpiewał "Znamię" - niezarejestrowane na płycie), Andrzej Cierniewski (zaśpiewał "Bezsenni" - również nie ukazało się na wydawnictwie) oraz support w postaci kapel Thorn i Lustro. Sam jubileusz trwał ponad trzy godziny, z czego niecałe 130 minut trafiło na dwupłytowy (plus 1 dvd) album. Repertuar? Greatest hits plus trzy covery ("Highway to Hell", "Oni zaraz przyjdą tu", "Venus") i trzy solowe kawałki Gadowskiego ("Szczęśliwego Nowego Yorku", "Ona jest ze snu", "Inny wymiar"). Ira zaprezentowała nam przekrój całej dyskografii. Mamy więc coś z debiutu ("Zostań tu"), silnie reprezentowanego "Mojego domu" ("California", "Płonę", "Mój dom", "Nie zatrzymam się", "Nadzieja", "Twój cały świat", "Bierz mnie"), "1993" ("Deszcz", "Wyznanie", "Wiara"), ze staroci nie zabrakło też czegoś z albumów "Znamię" i "Ogrody" ("Zakrapiane spotkanie", "Jestem obcy"). Reszta to piosenki z promowanego wtedy "Tu i teraz", ale grupa zaprezentowała również dwa premierowe kawałki z nadchodzącego albumu "Ogień" ("Ogień", "Walcz"). Zespół był tego wieczoru w fantastycznej formie, a napędzany 8-tysięcznym tłumem fanów (rewelacyjna publiczność!), po prostu nie mógł zagrać słabo. Jedynym minusem tego wydawnictwa jest jego dostępność... Nakład wyprzedał się w szybkim czasie i przez długi czas można było koncertówkę nabyć wyłącznie na allegro za przesadnie wysokie ceny (200-300zł). Na dzień dzisiejszy, sytuacja zaczyna się pomału zmieniać, ponieważ w oficjalnym sklepie Iry, "Live 15-lecie" można nabyć za 40zł, ale o szerszej dystrybucji na razie chyba nie ma mowy, a szkoda. O płycie "Live" napisałem jako obowiązku dla fana Iry. "15-lecie" to obowiązek dla każdego fana rocka. Dla mnie? Najlepszy album (nie ma znaczenia że koncertowy) w historii zespołu.

Część czwarta powinna ukazać się pod koniec tygodnia.

Pozdrawiam!

niedziela, 13 maja 2012

IRA - 25 lat. Cz. 2


Witam! Dzisiaj tylko dwie płyty. Pomyślałem, że w ten sposób wyodrębnię poszczególne okresy grupy i tym samym będzie zachowany jakiś ład. To co my tutaj mamy?


To album Łukaszewskiego. Chłop wzniósł się na wyżyny kompozytorskie i pokazał, że jest świetnym, technicznym gitarzystą. Po odpaleniu płyty, można doznać szoku. Toć to prawie thrash! Tak wściekłego Gadowskiego na tle nie mniej wkurzonych kolegów jeszcze nie słyszałem. Świetny tekst traktujący o branży rozrywkowej, który jakby się nic a nic nie zestarzał. "Zmienić siebie" jest już bardziej... może nie tyle optymistyczny, ale budujący. Muzycznie, nadal mamy ostry łomot, tyle że z więcej śpiewającym Gadziem. Chłopaki szybko zwolnili tempo, ale "Nie wierzę" nie jest lekką pioseneczką. Żal, bunt, pretensje do otaczającego nas świata, potem krzyk rozpaczy i łomot. Kto by pomyślał, że ewolucja "Mój dom"->"1993->?" zaprowadzi nas do tak dołującego (teksty mówią same za siebie) albumu? Słuchając kolejnego na płycie "Na zawsze", ma się ochotę powiesić. "Strach" poprawia trochę nastrój swoim buntowniczym tekstem oraz fajną, szybko wpadającą w ucho melodią. Melodyjny również jest następny kawałek, "Wojna", w którym zastosowano trochę kanciastą metodę "spokojna zwrotka-mocny refren". Ira podołuje jeszcze w "Skazie" i następuje bardzo przyjemna niespodzianka. Akustyczna gitara i zaczynamy najfajniejszy (bynajmniej nie najlepszy) i za cholerę nie pasujące do albumu "Zakrapiane spotkanie". Piosenka-przypadek, ale o tym może niech opowie sam Piotr Łukaszewski: "Kiedyś program „Rock Noc” urządził konkurs na tekst do piosenki, a utwór który wygra, miał znaleźć się na jakiejś płycie. Nagrywaliśmy właśnie w S-4 i wpadliśmy na chwilę do telewizji, a tu Piotrek Klatt z Jarkiem Janiszewskim mówią nam, że jest konkurs i żebyśmy szybko coś skomponowali. Muzyka powstała dosłownie w 30 sekund. No i tak wyszło, że z wszystkich tekstów najbardziej spodobał się właśnie ten.(...)"* oraz, co rozłożyło mnie na łopatki: "(...) Do tej pory nie znaleźliśmy autora tego tekstu i to jest największy paradoks tej całej sprawy. Nawet nie można było wpisać na płytę Jego nazwiska, nie mówiąc o tych groszach, które czekają na Niego w ZAiKS-ie."* Sam tekst traktuje o popijaniu różnych napojów wysokoprocentowych w doborowym towarzystwie kumpli. Gęba sama się cieszy. "Słowa" przelatują z prędkością światła (niecałe dwie i pół minuty) i dochodzimy do bonusów w postaci remake'ów dwóch kawałków: "Zostań tu" z debiutu w trochę podmetalizowanej wersji i co najlepsze, świetnie brzmiącej, która udowadnia, że materiał na "Irze" miał spory potencjał, oraz "Zew krwi", który nie różni się praktycznie niczym (poza poprawionym brzmieniem) w stosunku do pierwowzoru z "1993". Uff... To była ciężka jazda. "Znamię" od bardzo długiego czasu jest u mnie na pierwszym miejscu w dyskografii Iry i wątpię by ta sytuacja miała ulec zmianie. Chłopaki wznieśli się na wyżyny swoich możliwości i nie razi nawet dominacja kompozytorska w osobie Piotrka Ł. Na pewno nie jest to album na raz. Trzeba dać mu trochę czasu, a gwarantuję, że jak chwyci, to przez długi czas nie puści.

* źródło: www.ira.art.pl


"Ogrody" to bardzo dziwny album... Ira postanowiła wrócić do starych patentów, czyli: melodyjnie, pozytywnie, zachowując jednocześnie rockowy charakter. Głownym kompozytorem ponownie został Łukaszewski, jednak tym razem nie błysnął już w taki sposób jak na poprzednich albumach. Więcej mamy tutaj kompozycji mdłych, do których nie chce się tak często wracać. Tekstowo, to najgorsza płyta Iry z jaką dane było mi się zetknąć, oraz ostatnia, na której Artur Gadowski zajmował się pisaniem słów. Nigdy nie uważałem frontmana grupy za wybitnego tekściarza, ale zawsze potrafił w fajny sposób przekazać swoje przemyślenia, a na "Ogrodach" dotknął twórczego dna. W ogóle mam wrażenie, że zespół nie przyłożył się w ogóle do albumu i sam materiał był napisany w pośpiechu, bez większego przemyślenia. Czy warto coś wyróżniać? "Jestem obcy", "Światło we mgle" i... to chyba wszystko. Jako całość, jest w miarę równo, ale tutaj to bynajmniej atut. Ira się rozpadała, i na tym albumie to czuć. Historia pokazała: na jesieni 1996, zespół opuszcza Kuba Płucisz (założyciel!), a niecały rok później Ira znika ze sceny na 4 lata. Jak ta przerwa wpłynęła na chłopaków? O tym w kolejnej części.

Pozdrawiam!

PS. Z góry przepraszam za ociąganie się z TAK krótkim i wymęczonym wpisem, ale wpłynęło na to kilka czynników plus "Ogrody" ;). Obiecuję, że trzecia część będzie już... świeższa.

wtorek, 8 maja 2012

IRA - 25 lat. Cz. 1


Miał być ogromny wpis, ale pomyślałem, że nikt poza mną i tak tego nie przeczyta. Poza tym, dzieląc swoją pracę na kilka części (w zamyśle mam trzy, albo cztery), będe mógł chwilę posiedzieć nad swoimi wypocinami i zastanowić się nad tekstem. Drugim powodem jest to, że teraz mniej czasu poświęcam na słuchanie muzyki. Wróciło stare zamiłowanie do innego rodzaju rozrywki o której może tutaj napiszę (chociaż mój blog jest stricte o muzyce), mam masę zaległych książek do przeczytania (kupuję na potęgę, a potem to kurzy mi się na półce), no i troszkę czasu poświęcam też na inne rzeczy, które kompletnie tutaj nie pasują. Może przechodzę przez zmęczenie materiałem? O starych zespołach mogę pisać w nieskończoność, ale to musiałoby być coś naprawdę wyjątkowego, bym pokusił się o strzelenie wpisu, jakich jest milion w internecie. Nowa muzyka? Dla mnie to gówno nie warte jakiegokolwiek zachodu. Na pewno będę pisał o nowościach swoich ulubieńców (w tym roku nowe The Darkness i Marillion), ale nie z taką częstotliwością, jak mogłoby się na początku prowadzenia tego bloga wydawać.

Koniec pitolenia. Czas na właściwy temat wpisu.

Ira. Pierwszy, amerykański zespół w Polsce. Nikt przed nimi (no może Dżem?) i nikt po nich, nie grał w tak czystym, amerykańskim stylu. W tym roku stuknęło im 25 lat i wypada coś o nich wspomnieć. Ira od długiego czasu jest w moim topie polskich zespołów i myślę, że aktualna ich twórczość (mierna jak cholera) raczej tego nie zmieni. Nagrali co mieli nagrać. Co mieli namieszać, to namieszali. Ich wizytówką są albumy takie jak "Mój dom", "1993", czy "Znamię". Starczy, by stać się zespołem kultowym. Po czasach komuny, gdy jak grzyby po deszczu wyrastały zespoły śpiewające o wolności, Ira stworzyła wręcz swoją filozofię życia. W tych prostych, melodyjnych numerach, kryły się przeważnie proste teksty z prostym przekazem, które łykał przeciętny nastolatek. Wolność, miłość, marzenia, sprzeciw wobec hipokryzji. O tym śpiewał Artur Gadowski i to działało na świadomość ludzką. Śmiem twierdzić, że w latach 1992-1995 nie było lepszego zespołu rockowego w naszym jakże cudownym kraju. Co więcej! Od powrotu fonograficznego w 2002, koncertowo nadal są nie do pobicia. Szkoda, że forma koncertowa nie idzie już w parze z formą kompozytorską, ale chyba tylko jakiś chory utopista wierzył (a może nadal wierzy?), że Ira przez całą swą działalność będzie nagrywała albumy pokroju "Mój dom", czy "1993". Trzeba wziąć pod uwagę rozpad grupy w latach 1996-1997, późniejsze perypetie muzyczne poszczególnych członków (udana solowa kariera Gadowskiego), oraz oczywiście wyjazd do USA, gdzie panowie zarabiali na chleb malując mieszkania. To cud, że chcieli się znowu ładować w to szambo, zwane show businessem. Powrót mieli bardzo udany, o czym wspomnę w opisach płyt. A jak grupa prezentuje się dzisiaj? Cóż... Z klasycznego (czyt. "Mój dom") składu ostali się tylko Gadowski, Owczarek i Sujka. Po powrocie było jeszcze parę zawirowań, aż do czerwca 2005, gdy oficjalnie przyjęto Piotra Konca na drugą gitarę. Pierwszą, dzierżył od marca 2003, Marcin Bracichowicz. W takim zestawieniu grają do dzisiaj i nic nie wskazuje na to (chociaż operacja tarczycy Gadowskiego w 2005 mogła wszystko sknocić), by miało się coś zmienić.

Tyle ogółem, a teraz przejdźmy do rzeczy:


Co można powiedzieć o pierwszej płycie? Chłopaki za bardzo chcieli polecieć w klimaty Bon Jovi i Poison. Kompozycje są proste jak budowa cepa (nie żeby później takie nie były, ale...), teksty również niewymagające. Pod względem produkcji, ten krążek powinien być elementarnym przykładem, jak doskonale spieprzyć brzmienie i przy okazji spojrzenie na zespół. Po pierwsze primo: KTO WPADŁ NA GENIALNY POMYSŁ UŻYCIA YAMAHY RX5, MAJĄC RASOWEGO PERKUSISTĘ W OSOBIE WOJTKA OWCZARKA!? Rozumiem, że wilgoć w studio nagraniowym (garażu?) nie pozwalała na solidne odegranie partii bębnów, ale automat nigdy nie będzie dobrze brzmiał w zespole rockowym. NIGDY! Po drugie primo: klawisze? Really? Może gdyby były bardziej przemyślane, to nie miałbym odruchów wymiotnych, ale tutaj tak pasują, jak Adam Lambert do Queen. Po trzecie primo: piosenki, utwory, czy jak to tam nazwać, by zespołu nie urazić. Gdyby nie produkcja, gdyby nie klawisze, gdyby nie aż taka naiwność ze strony muzyków (ale który debiutant nie jest naiwny?), to "Ira" byłaby solidnym krążkiem z eleganckim fundamentem pod następną płytę. A tak? Większość ludzi uważa dopiero drugi album, za właściwy debiut. I wcale im się nie dziwię. Nie powiem, że nie ma tutaj dobrych kawałków. "Kiedyś będziesz moja", "Wszystko mogę mieć", "Zostań tu", "Srebrne sny", to nie są w żadnym razie kiepskie wypociny, ale dużo tracą podczas samego odsłuchu. Fajnie, że chłopaki ogarnęli się dosyć szybko i dokoptowali do składu Piotra Sujkę i (na początek) do studia Piotra Łukaszewskiego.


"Mój dom". Wyznacznik tego, co "irowe" i (przede wszystkim) co dobre. Już tytułowy rozwala czaszkę i każe ruszyć dupsko z fotela. Czy dalej jest gorzej? Pfff... Płyty idealne charakteryzuje brak słabych punktów, a tutaj Ira przyspiesza z każdą sekundą. Sujka z Płuciszem i Łukaszewskim (co by chłopy zrobili bez niego?) stworzyli świetny kompozytorski team. Gitary brzmią tak jak powinny (MIĘCHO!!!), Owczarek wreszcie może się wyżyć na swoim zestawie perkusyjnym, a głos Gadzia nabrał odpowiedniego pazura, który zrobił z niego jednego z czołowych wokalistów w Polsce. Kompozycje - jak już wcześniej wspomniałem - są IDEALNE. Takiej dawki energii nie da się znaleźć nawet na co piątym albumie rockowym. Czy są ballady? Poza "Nadzieją" raczej nie. "Nie zatrzymam się" to bardziej power ballada, jeśli i to nie jest zbytnio naciąganym określeniem. Spokojniejsze jest również "Nowe życie", ale tutaj panowie poszli w bluesa (nieudolnie, ale brawa za chęci), a "Twój cały świat" traktuję jako subtelną codę. Wspomniałem o energetycznej muzyce, to warto też wspomnieć o tekstach. Na drugim albumie Gadowski śpiewa o szarej rzeczywistości ("Mój dom"), pożądaniu ("Płonę", "Bierz mnie"), osobistych przemyśleniach ("Nie zatrzymam się", "Nadzieja")... Generalnie, patrząc przez pryzmat przebojowości, Ira nie nagrała (i nie nagra) już tak napakowanego hitami albumu. A jak można podsumować "Mój dom"? Głos pokolenia, rzekłbym. Głos pokolenia, z tym amerykańskim pierwiastkiem. Pierwiastkiem wolności.


Mówi się, że pierwsza płyta to kompilacja pierwszych lat, druga - udowodnieniem, że pierwsza nie była dziełem przypadku, a trzecia - ugruntowaniem swojej pozycji. W przypadku Iry, można patrzeć z przymrużeniem oka na te zasady. "Mój dom" ustawił ich na wiele lat i mogliby już wtedy skupić się tylko i wyłącznie na koncertowaniu. Całe szczęście, że chłopakom sodówa do głowy nie uderzyła i postanowili zrobić kolejny krok. "1993" w porównaniu do poprzedniczki, nie jest już wysypem hitów. Ba, nawet nie ma już tej lekkości. Panowie ewoluują w stronę heavy metalu i nie uważam, by było to złe. Piotrek Łukaszewski musiał być w swoim żywiole nagrywając swoje młócenie, a mnie pozostaje chłonąć te cudowne dźwięki. Po fantastycznej introdukcji, następuje prawie 13 minut ostrej jazdy. Jestem ciekawy, jaka musiała być mina przeciętnego fana Iry, gdy po wykuciu na pamięć "Mojego domu", dostał z mocnej piąchy w pysk słuchając nowego krążka? Nie ukrywam, że chciałbym na własnej skórze poczuć muzyczną przemianę Iry. Wracając do zawartości, po łojeniu, czas na odpoczynek. Sztandarowa ballada radomiaków - "Wiara". Ewidentnie chciano zrobić drugą "Nadzieję" i... cholera, wolę hymn Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy (a co! Owsiak wiedział na co postawić). Po krótkim odpoczynku, wracamy do jazdy bez trzymanki. I to dosłownie! "Szatan" to już rasowy heavy metal. Z perspektywy czasu już wiem, że to była subtelna zapowiedź następcy "1993". Spokojny wstęp do następnego kawałka ("Ona"), może zmylić. Młócimy cały czas, ale matko! Cóż to za piękne młócenie! Zmęczeni? To teraz mamy okazję złapać trochę powietrza, ponieważ przed nami "Deszcz". Kawałek z jakichś względów kultowy. Dla mnie, typowa power ballada z ciekawym tekstem, ale nic więcej. "Taki jestem", utrzymany w ejsidisowym stylu, troszkę już zwalnia i chłopaki wracają do hard rocka. Mam wrażenie, że końcówka płyty jest już robiona na siłę. Nic bardziej mylnego. "Zew krwi" podtrzymuje główny styl albumu. Czad, czad i jeszcze raz czad. "Podróż" pomyslany był zapewne jako zapychacz i trochę odstaje od płyty, ale żeby traktować go jako minus? Nie. Typowy, optymistyczny rocker, przy którym można pomachać łbem. Album kończy się "Wyznaniem". Mój faworyt w katalogu power ballad Iry. Tekst, który można przypisać chyba każdej osobie na tym łez padole. Świetne melodie, świetna solówka Łukaszewskiego, świetny Gadowski (na tym albumie w ogóle jest bezkonkurencyjny), świetne zakończenie świetnej płyty. Czy jest lepsza od "Mojego domu"? Pod względem przebojów może nie, ale jako całość miażdży poprzedniczkę całą swą masą i ciężarem (dosłownie!). Brzmienie powala. Bas, gitary, perkusja. Wszystko jest na swoim miejscu, każdy ma swoje pięć minut. Jednym słowem: POZAMIATANE!


Na jesieni 1993 roku, warszawskie studio telewizyjne S-1 przeżyło istny wstrząs. Szefowie studia na tyle bali się zespołu i (co najważniejsze) publiczności, że kazano tym drugim nie ruszać się z miejsc (koncert na siedząco) aż do końca sztuki. Ależ naiwni ludzie... Oczywiście Gadowski szybko naprawił błędy muzycznych ignorantów ("Ej no, co jest z wami? Kto was przykleił do tych krzeseł?"), na co publiczność mogła znowu poczuć się swobodnie i odpowiednio reagować na muzykę Iry. Nie mam informacji na temat faktycznej długości koncertu, więc będe opierał się tylko na oficjalnej trackliście. Mamy tutaj "best of" w wersji live. Set zaczyna się od introdukcji "1991", a potem już z kopyta: "Mój dom", "Sen", "Nie zatrzymam się", "Kalifornia". Pojawia się pierwszy cover na płycie, "Oni zaraz przyjdą tu" ś.p. Tadeusza Nalepy i jego Breakoutu, w wersji heavy metalowej. Jest to jeden z najbardziej wdzięcznych kawałków do zagrania. Nawet jak nie umiesz grać na gitarze, to i tak nie da się tego spieprzyć. Czysty ideał. Później mamy "Adres w sercu" i chwila oddechu. Publiczność oczywiście daje z siebie wszystko co tylko potęguje energię krążka. "Płonę", "Deszcz", krótka zabawa Artura z publiką, "Sex" i dochodzimy do pierwszego magicznego momentu. "Nadzieja", odśpiewana od początku do końca przez publikę (zagłuszaną oczywiście przez Gadowskiego, ale na słuchawkach to nie ma znaczenia). Reakcje fanów oddają dobrze to, co już w tamtym czasie było wielkim przebojem, przez co jeszcze lepiej słucha mi się Iry z "długowłosowego" okresu. "Come Together" - kolejny podmetalizowany cover. Nie jestem może fanatycznym wielbicielem muzyki Beatlesów, ale mało mi podeszła wersja zaproponowana przez Gadzia i spółkę. Następne cztery kawałki to już ekstraklasa. "Twój cały świat", "Bierz mnie", "Wiara" i "Wyznanie". Teraz ciekawostka. Artur Gadowski tego dnia był ostro przeziębiony i był lekki niepokój o formę wokalną, ale pomijając kilka malutkich, ledwo słyszalnych dla przeciętnego zjadacza chleba wpadek, pokazał moc i myślę, że gdyby nie publiczność, to nie dałby z siebie wszystkiego. Słychać to właśnie w tych czterech kończących set kawałkach. Gadowski zmęczony, chory, czasami nie domagający, ale czego się nie robi dla wspaniałych fanów? Teraz pewnie ktoś zapyta (wiem, że nikt tego nie czyta, ale tak ładniej zdanie wygląda), "dlaczego to już koniec, skoro set ma jeszcze dwa covery?" A i tutaj kolejna ciekawostka. "Hey Joe" i "Honky Tonk Woman" to już nagrania bez udziału publiczności. Ten pierwszy chłopcy zdążyli jeszcze nagrać w studio S-1, ale cover Stonesów popełniono już w studio nagraniowym, podczas miksowania "Live", więc niech was nie zwiedzie publiczność obecna w obu kawałkach. Czy mogę jakoś podsumować pierwszą płytę koncertową w dorobku Iry, skoro wszystko napisałem wyżej? Na pewno jest to pozycja obowiązkowa dla fanów, a co ma zrobić przeciętny Kowalski? Wydaje mi się, że tamten okres lepiej reprezentują dziwadła firmy "Andromeda" w postaci dwóch składanek: "Złotych przebojów" i "Ballad".

Koniec części pierwszej.

Pozdrawiam!

poniedziałek, 7 maja 2012

Koniec laby, czas się wziąć do roboty!

Dłuuuugo nic nie było. Z jednej strony nie miałem ochoty by coś pisac, z drugiej strony nie widziałem już w tym żadnego sensu, ale stało się. Znowu piszę sam dla siebie. Przez te dwa miesiące pojawiło się sporo dobrych, ale i tyle samo badziewnych płyt o których kiedyś pewnie napiszę. Mogę tylko na szybko napisać, że przesłuchałem "Travelling" grupy Roxette i wiem, że już więcej do niej nie wrócę. Singiel okazał się złym pilotem, a z perspektywy czasu (o ironio) najlepszym kawałkiem na płycie. Tyle o Roxette. Co planuję na najbliższe dni? Z racji tego, że za chwilkę zaczyna mi się sesja, to otworzę swoją szafkę, wyjmę kilka(naście?) płyt, założę słuchawki na łeb i poświęcę ze dwa dni, aby przypomnieć sobie katalog jednego zespołu i na jego podstawie, oraz w oparciu o swoją wiedzę, napisać coś z większym rozmachem (może nawet pobiję swoje podsumowanie 2011 roku). Co to będzie za zespół? Nie zdradzę, ale zapewniam, że jest to grupa znana, lubiana, a nawet ośmielę się stwierdzić, że i kultowa.

Pozdrawiam!

piątek, 2 marca 2012

Zapowiedź nowego Roxette.


23 marca, grupa Roxette zaprezentuje światu swoje najnowsze dzieło, pół-studyjne-pół-koncertowe, „Touri…”, a nie, przepraszam, „Travelling”. Fakt, początkowo płyta miała nosić nazwę „T2”, czy „Tourism 2”, ale czy to dobry pomysł, by zakładać stare ciuchy w nadziei, że legendarny już neologizm pomoże odnieść upragniony, komercyjny sukces? Zapędziłem się z tym komercyjnym sukcesem, ale daję sobie rękę uciąć, że przechodząc sobie między półkami z płytami, zatrzymalibyśmy się przed albumem o tytule „Tourism 2”. „How Do You Do?”, „Fingertips, „Queen of Rain”, czy koncertowe wersje „The Look”, czy „Joyride”. Śmiem twierdzić, że pomijając ich bestsellerowe „Look Sharp” i „Joyride”, „Tourism” należy do Roxettowej klasyki, jak również do klasyki… rocka? A co! Jak szaleć, to szaleć. Tym razem mamy do czynienia z podobnym projektem, tyle że dwadzieścia lat później. Dzisiaj wytwórnia EMI zaprezentowała cały (bo przez kilka ostatnich dni, dostępne było tylko półtorej minuty) kawałek, pilotujący album. „It’s Possible” – tak zwie się ten twór (nie zjadłem tam „u” – jakby co). Gdybym miał tworzyć analogiczne porównania, to powiedziałbym, że „Travelling” będzie najgorszą płytą w całej dyskografii Roxette, bijąc „Have a Nice Day” na łeb. Jesteśmy jednak dwadzieścia lat później, grupa ma za sobą pierwszy etap świetnej trasy promującej bardzo dobry „Charm School”, o której już wcześniej zdarzyło mi się napisać. Dopóki nie poznamy całej tracklisty, to ciężko cokolwiek powiedzieć na temat płyty. Na pewno pierwszy singiel jest… bardzo średni. Nie wiem, czy dałby radę na zeszłorocznym albumie. Możliwe, że trzeba dać czas, ale to pop. Albo chwyta, albo nie. Smuci mnie trochę kierunek w jakim zmierza grupa. Archaiczne dźwięki w kawałkach takich jak „One Wish” („A Collection of Roxette Hits” – 2006), czy paru piosenkach z „Charm School”, mogły być czymś w rodzaju: „ale fajnie, że przypomnieli stare czasy”. Dobrym posunięciem byłoby pójść troszkę naprzód i porzucić oldschoolowe brzmienia. Ktoś może powiedzieć, że to muzyka lat ’80, zagrana na współczesną modłę. Ok, pewnie taka osoba będzie miała rację, ale po co robić coś takiego? Po co zamykać się we własnym muzeum, kiedy można zaproponować coś innego, nierzadko lepszego? Na pewno nie martwię się o część koncertową płyty. Nawet jak zaserwują nam tylko najnowsze piosenki (bo po cholerę powtarzać przeboje z „Tourism”?), to wiem, że będą one na wysokim poziomie. Roxette jest u szczytu formy (śmiem twierdzić, że nigdy nie byli w takim gazie), Marie śpiewa fantastycznie, Per jak zwykle (hehe), reszta zespołu gra bardzo dobrze. Jestem pod wrażeniem gry Christoffera Lundquista, który udanie zastąpił wielbionego przeze mnie Jonasa Isacssona, którego do dzisiaj uważam za najlepsze, co mogło spotkać Roxette. Jedynie obawiam się, że premierowe kawałki będą słabiutkie. Słabe, jak „It’s Possible”. Obym się mylił, ale o tym napiszę już po 23 marca.